czwartek, 2 kwietnia 2015

post, pokuta, pieprzna zupa

Pisałam już, że bywam domokrążcą - artystką objazdową? No właśnie, zdarza się. Dzisiaj  prawdziwa historyjka, upchnięta w kwietniowy post i skrócona do maksimum, żeby cierpliwości czytelników nie nadwyrężać. Opisane osoby są  dla mnie właściwie obce, znane jedynie z racji kontaktów zawodowych.
Ten kto przeczytał "Ćwiczenia stylistyczne" Raymonda Queneau wie doskonale, że każde zdarzenie można przedstawić na blisko sto sposobów. Według mnie, z grubsza było to tak:

Obrazek na płótnie 30x30cm

Wdowiec M wyglądem przypominał podstarzałego, wyleniałego wilka. Posiadał jednak  zalety dla wielu  grzechu warte. Z racji, że był prezesem lokalnego przedsiębiorstwa jego portfel nigdy nie był pusty, a bywał nawet mocno wypchany. Urokom M uległa bystra ptaszyna - delikatnej urody  rozwódka w sile wieku. Na potrzeby opowiadania wystąpi ona pod niebanalnym pseudonimem Ciconia . Ptaszyna bez wahania porzuciła dotychczasowe życie przeciętnej mieszczki i przeniosła się na wieś do wybranka. Wraz z obrączką zyskała szacowny tytuł - pani prezesowej. M oszalał na punkcie nowej miłości, odmłodniał, nabrał wigoru i chęci do życia.  Teraz Ciconię czekało nie lada  wyzwanie, przeprowadzenie metamorfozy osoby M. Ten, twardo osadzony w estetyce minionej epoki PRL-u prezentował się na wskroś prowincjonalnie i wcale, a wcale nie nadawał do zaprezentowania znajomym z miasta. Początkowo wszystko szło jak po maśle, nowa fryzura i markowy garnitur zdziałały cuda. Liftingu wymagała także podupadła posiadłość M. Różowe ściany, lakierowane na wysoki połysk czarne meble i  seledynowe firanki nie miały racji bytu w otoczeniu osoby tak uduchowionej jak Ciconia. Mało być jasno, Vintage-owo i na poziomie. Ptaszyna sprowadziła do nowego gniazdka  z odległej stolicy 150-lenie pianino, którego brzmienie przypominało wiosenne ptasie trele. Pieczę nad ładem i harmonią w domu sprawowała wyłoniona z castingu  młoda gosposia, tleniona blondyneczka w kusej mini. Pikanterii dodawał fakt, że pani ta prace porządkowe wykonywała rękoma przyozdobionymi w długie fluorescencyjne tipsy i obuta w 20 centymetrowe szpileczki. Ciconia powoli zapuszczała korzenie, ze ścian zniknęły zdjęcia synów i wnuków i zmarłej żony. Jej ambicje sięgały jednak dalej, pragnęła mieć ukochanego na wyłączność. Na początek wykwaterowała z domu psy - ukochane beagle męża. Teraz niesforna psiarnia miała mieszkać  i śmierdzieć w szopie. Siłą perswazji, słodkimi syczkami i permanentną mantrą zredukowała do minimum wizyty dzieci i wnucząt męża. Życie toczyło się nowym torem. M produkował produkty, a Ciconia zarządzała ośrodkiem dla niepełnosprawnych dzieci (wygrała konkurs, podobno była najlepsza w gminie). Czas wolny spędzali razem. M pił na umór, a Ciconia rzetelnie uzupełniała barek i pilnowała, żeby kieliszek oblubieńca nigdy nie był pusty. Picie napojów wyskokowych podbijało emocję latania na motolotni. M kochał latać, jego drugą wielką pasją  było myślistwo, a właściwie strzelanie do celu. Pif-paf srytutu-tu-tu stymulowało poczucie męskości, dopełniało kielich życiowego spełnienia. W pewne osłupienie wprawiały mnie opowieści o brawurowym lataniu i strzelaninach na rauszu. Mój kontakt z zakochaną parą  urwał się z racji zakończonych interesów.
Po roku niespodziewanie zadzwoniła do mnie roztrzęsiona Ciconia.

- Mąż popełnił samobójstwo, strzelił sobie w skroń. Niegodziwiec wcale o mnie nie pomyślał!
- Wyrazy współczucia...
- On mnie zdradzał z nasza pomocą domową. Sama ją zatrudniłam, a ona ku... się okazała.Kto by pomyślał, a takie dobre robiła wrażenie. Podły gad, padalec jeden...
- Nie wiem w czym mogę pomóc?
- A tak trzeba mi pomóc, ta jego rodzinka piep... Wyrzucili mnie z domu, wzięli prawników, a M wszystko mnie obiecał. Położyli swoje łapy na moim pianinie...Pani słyszała dla mnie je kupił, remontował za ciężkie pieniądze. Te prostaki pojęcia o muzyce nie mają. Rujnują moje zdrowie. Proszę zostać moim świadkiem w sądzie. Pani zna prawdę, wie jaka jestem uczuciowa. Zajmuję się chorymi dziećmi, poświęcam się dla innych bez reszty...

 Obrazek na płótnie 30x30cm

To zdarzenie dłuższy czas siedziało w mojej głowie i lekko uwierało. Postanowiłam wypuścić opowieść w świat, a tym samym odciążyć swoją i tak przeciążoną mózgownicę. Czas Wielkiego  Postu wydaje się taki dogodny. Jeszcze jedno, nie zostałam świadkiem Ciconii - modliszki.

Życzę pogodnych świąt,  z suchym jak pieprz dyngusem!
am


2 komentarze: