niedziela, 27 maja 2018

pikniki pod wiszącą skałą

Pakuję do mikro walizeczki niewiele, bo truskawki i naleweczkę z czarnego bzu, a na nogi wsuwam zamszowe mokasyny zza Prady. Po czym biegnę co sił w nogach, żeby zostawić w tyle błedaczne wykopy kanalizacyjne, pana Ch. i panią K. A gdy już dobiegnę, to rozkoszuję się bytem i niebytem i jestem sobie profesjonalną anarchistką do woli.


 Na obrazku staromodny piknik rysowany  poruszoną kredką i rozmazanym tuszem, a wszystko na tekturze piwnej!

Z majowymi życzeniami,
am

PS Czy jest ktoś na sali, kogo irytuje upolitycznianie  cudzej sztuki dla własnych celów?

niedziela, 22 kwietnia 2018

prawda ostra jak brzytwa

 Na ziemi
Czy Państwu także notorycznie mylą się formalne formalności? Ulotne wizyty lekarskie mieszają się jak groch z kapustą i nie trafiają w datę, a urzędowe cyrografy przypominają o sobie w dzień sądu ostatecznego?
Za to wypranie w pralce dokumentów, telefonów i innych bezcennych drobiazgów przychodzi z dziecięcą łatwością? Moja wyrafinowana precyzja zadziwia. Na ten przykład w okolicznościach około zmywakowych tak sprytnie wsadziłam małą filiżankę do większego kubka, że wyjęcie jednego naczynia z drugiego zajęło dyplomowanemu mechanikowi precyzyjnemu kilka miesięcy!

"Tancerka" - olej na  wiekowej desce 116x60cm

 W kosmosie
Myślałam o namalowaniu stolika z poustawianymi drewnianymi słonikami i innymi bambetlami, a wyszło jak zwykle...coś troszkę innego. Obrazek - zgrzyt, migawka, flesz, uderzenie obuchem w łeb. Coś o każdym z nas, stoisz  samotnie na środku, a inni mogą tylko się przyglądać. Rodzimy się i umieramy w samotności, otuleni najmiększą pierzynką z miłości i przypięci pasami bezpieczeństwa do najbliższych w gruncie rzeczy na  zawsze pozostaniemy kosmicznymi samotnikami..

Pozdrawiam serdecznie w ukwieconym kwietniu,
am

niedziela, 18 marca 2018

co robiła malarka, kiedy jej tu nie było?


Podróże małe i duże...
W lutym
Zaprosił do siebie malarkę znany, zagraniczny malarz sztalugowy - Wincenty Van coś tam, spotkali się u niego w domu. To nie była żadna randka, tylko zwykłe zaproszenie na niedzielny obiad. Na tę okazję Wincenty samodzielnie  ugotował barszcz czerwony z buraków, natomiast malarka przyniosła własnoręcznie ulepione uszka z grzybami, które następnie z wdziękiem dorzuciła do krwisto czerwonej zupy. Po barszczu  podano wieprzowe uszy pieczone na ruszcie z chilli oraz młode czerwone wino. Potem był deser - pyszne kruche ciasteczka z melasą, kształtem przypominające muszle tudzież zawstydzone, bo rumiane uszy. Po obiedzie artyści pili kawę po turecku i rozmawiali o sztuce Aborygenów, było wesoło i niebanalnie. Gdy zaczęło zmierzchać, uświadomili sobie, że ciekawym trafem tego dnia  w Ameryce rozdają Oskary i będzie transmisja na żywo w holenderskiej telewizji. Wicek stanął na wysokości zadania i wytargał z szafy stary, zakurzony telewizor, natomiast malarka zupełnie przypadkiem znalazła w swojej dywanikowej torebce sprawny dekoder tv oraz antystatyczną ściereczkę z irchy. Oskary jak zwykle były trochę nudne i bardzo światowe. Zrobiło się późno,  senną, relację z gali przerywał jedynie co jakiś czas dzwonek telefonu od zniecierpliwionego męża artystki i pikanie sms-ów, które hurtowo przysyłały opuszczone dzieci.  Oboje pewnie zasnęli by w końcu na dobre przed ekranem, gdyby nie pewien film animowany nominowany w ważnej kategorii, który całkowicie wyprowadził malarza z równowagi. Wincenty, obejrzał uważnie zwiastun, po czym kazał sobie wyguglować na telefonie artystki jak najwięcej szczegółów, następnie wyjął z szuflady wielką, staromodną brzytwę i oświadczył: - Jak to coś wygra, to odetnę sobie ucho, pomożesz? Co było robić artystka, która musiała przyznać,  że film jest jawną profanacją dzieł Wincentego, zgodziła się na ewentualną pomoc w amputacji organu. Potem, było już tylko gorzej, malarka, która nie znosi widoku prawdziwej krwi, wpadała w wewnętrzną paniko-depresje, natomiast Wicek rzucał czym popadnie i złorzeczył. Na szczęście finał spotkania zakończył się happy endem w iście hollywoodzkim stylu, film "Mój Vincent" dostał duże nic i obyło się bez rozlewu krwi.Uszczęśliwiony malarz, zaprosił malarkę na lody do nocnego sklepu na stacji benzynowej Shell, była niedziela i wiadomo, wszystkie inne sklepy były pozamykane.


W marcu

 "Portret damy ze świnką morską" - rysunek- malunek na tekturze, 50x70cm

Umęczona kaszlem i katarem, niczym lekarstwa potrzebowała światła, ciepła i koloru. Egzotyczna podróż  do krainy tysiąca i jednej nocy okazała się strzałem w dziesiątkę. Zrobiła tylko jedno zdjęcie - pędzlami, bo aparat padł na jakąś tropikalną cholerę.

 Wyszperane gdzieś w pudle za złotóweczkę...
am 

wtorek, 2 stycznia 2018

noworoczna bajadera wyssana z palca

Jeśli wierzyć malarce, to życie jest taką sceną na wodzie z kotarami po bokach. Te ciężkie kotary podtrzymują syreny, które bywają aniołami. W rzeczywistości, Ty mieszkasz za morzem, ona za siódmym morzem, a tamci co wiesz jakby na dnie. Po tym morzu pływają pyszne galeony, zadziorne stateczki i  filuterne łódeczki, bywają też toporne balie i  ledwo co zdatne łupiny orzecha. Woda oczywiście jest tu błękitna, a to jeden z cudniejszych kolorów i właśnie dlatego bez względu na wszystko, w istocie życie jest piękne. Z morzem  wiadomo, jeden się czuje jak ryba w wodzie, a drugiego mdli. Reszta wynurzeń w tym momencie niech pozostanie milczeniem, zresztą malarka zapewne plecie trzy po trzy...

Praca na tekturze rysowana i malowana 30x40cm "Łódeczki", styczeń 2018

W Nowym Roku, życzę Państwu pomyślnych wiatrów i żeby przypadkiem nie zabrakło wody pod kilem. Pamiętając, że jak się ściemni, to potem i tak się rozjaśni!
am

Fragment